piątek, 4 lipca 2014

Tatrzańskie widoki.

Zawsze marzyłem o wyjeździe w góry letnią porą. Tak aby złapać śnieg na zboczach gór a przy okazji wędrówki mieć łatwiej z uwagi na brak śniegu na szlakach.
Wraz znajomymi z forum NEGATYWBYTOM , Michałem Świerkotem, Marcinem Radło oraz Łukaszem Faronem wystartowaliśmy z zamiarem zdobycia Kasprowego Wierchu.
Zanim wyruszyliśmy napotkałem na pierwszą przeszkodę - pakowanie plecaka. Początkowo chciałem zabrać dedykowany plecak fotograficzny. Niestety ocena jego wagi i zawartości była negatywna. Za ciężki i za mało odzieży da się do niego zmieści. Na moje szczęści posiadałem jeszcze plecak turystyczny, do którego udało mi się włożyć ubrania i sprzęt. Zresztą dobór sprzętu również nie był łatwy. Które szkło zabrać? Czy wziąć ze sobą analogową puszkę ? czy będę potrzebował filtry ?... Po dwóch godzinach udało się zakończyć ten męczący proces. Jestem spakowany. Statyw również przymocowany, możemy ruszać.
Około 13:00 wyjechaliśmy z Chorzowa. A około 17 Byliśmy w Szaflarach, gdzie zgarnęliśmy Michała. Ok załoga w komplecie, sprzęt raz jeszcze zweryfikowany, ale nastąpiła zmiana planów. Kierujemy się na Szpiglasowy Wierch zamiast na Kasprowy. Wobec tego kolejny punkt docelowy to Morskie Oko. Dojechaliśmy samochodem najbliżej jak to możliwe, czyli do parkingu tuż przy wejściu do Narodowego Parku. Dalej już tylko pieszo. tak się dziwnie złożyło że szliśmy pod prąd, turyści wracali z gór a my szliśmy w góry.



Wędrówka do Morskiego Oka trwała około 2 godzin, gdzie po drodze napotkaliśmy jelenia wypasającego się na łące. Już na tym etapie nie żałowałem że wziąłem plecak turystyczny co prawda sprzęt nie jest poukładany jak lubię, ale nie zarzynam swoich pleców.


Przy Morskim oku byliśmy około godziny 20:00, więc liczyliśmy że w stołówce będziemy mogli kupić jakieś jedzenie, niestety bufet był już zamknięty, co trochę nas poirytowało. Tym bardziej że zabraliśmy ze sobą pokaźnej ilości jedzenia. A poza tym marzyło nam się piwo.


Przy Morskim Oku spędzaliśmy z 2 godziny, po czym wyruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Szpiglasowej przełęczy. Jednak wędrówka mimo światła księżyca nie należała do łatwych. Jeśli chodzi o pogodę to trafiliśmy w dziesiątkę. Czyste niebo wiatr niemal żaden, i temperatura tak może 15 stopni. Teoretyczny czas wejścia na szczyt to około dwie i pół godziny, nam to zajęło nieco więcej. Może tylko dlatego że było kilka kryzysowych momentów. Pierwszy przy skorzystaniu skrótu, a drugi kiedy trzeba było przejść przez śniegowy jęzor który leżał na szlaku.
Ostatni kryzys pojawił się gdy dochodząc do przełęczy usłyszeliśmy schodzącą lawinę. Na nasze szczęście nie znajdowały się one na naszym szlaku. Mimo wszystko robiło to ogromne wrażenie, słychać spory huk mało co widać



Udało się!! Dotarliśmy około 1:45. Do wschodu słońca zostało jeszcze dwie i pół godziny. Niewiele, ale co w tym czasie robić. Łukasz i Marcin postanowili się przespać. Co mnie torcie przerażało. Jak można tu spać! Z lewej urwisko, z prawej uskok! Mowy nie ma to tylko dwie godziny, przeczekam. Ale z każdą chwilą czułem coraz większe zmęczenie a w dodatku nie ma z kim pogadać, postanowiłem spróbować jakoś przynajmniej się położyć. Założyłem wszystkie ubrania jakie tylko wziąłem ze sobą przytuliłem się do skały. Zanim głowę przytuliłem do poduszki ze skały to już spałem. Przespałem w ten sposób ponad godzinę, W tym czasie, swoim chrapaniem, obudziłem chyba wszystkie niedźwiedzie które chyba uciekły na stronę słowacką.







Zrobił się brzask, coraz jaśnie się robiło i coraz lepiej było widać szlak który pokonaliśmy. Gdy zrobiło się na tyle jasno że można było się swobodnie poruszać, zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca na robienie zdjęć. Mimo że samego słońca nie było jeszcze widać to góry ukazały swoje piękno, a gdy już wychyliło się zza horyzontu, zaczynała się prawdziwa magia. Nie wiedziałem w którą stronę patrzeć i gdzie robić zdjęcia, było tak dużo pięknych widoków że pobyt na szczycie szybko nam minął.





Po osiągnięciu naszego celu trzeba było zejść, można było zobaczyć przy świetle dziennym nasz szlak. To nie do końca było rozsądne, tak można krótko podsumować nasz wyczyn. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało.. prawie. Bo udało mi się lekko skręcić kostkę.





Pogoda nadal nam dopisywała Mimo że było kilka minut po godzinie szóstej, mieliśmy wrażenie ze jest już koło południa. Piękne słońce czyste niebo, komfortowa temperatura. Około godziny ósmej, byliśmy ponownie przy Morskim oku. Tym razem bufet był czynny,z czego skorzystaliśmy. Nigdy wcześniej nie jadem o tej porze bigosu popijając piwem.



Pozostały odcinek z Morskiego oka do parkingu, postanowiliśmy pokonać w nieco inny sposób - Dorożką. Zdecydowane była to bardzo słuszna decyzja ponieważ ponownie byśmy wędrowali pod prąd - my schodzimy z gór, pozostali turyści wchodzili. W drodze powrotnej spotkaliśmy ponownie tego samego jelenia co przy wejściu. Okazało się że był bardzo oswojony, dzięki czemu tym razem udało mi się uchwycić w zdecydowanie lepszej scenerii.



Muszę przyznać że była to moja wyprawa roku. Emocje były, i to różne od zachwytu po nienawiść. Ale dzięki temu mam zdjęcia które tu również prezentuję.

Co bym zrobił tym razem gdybym miał wyruszyć ponownie na tego typu wyprawę?
Na pewno wolałbym wejść na szczyt za dnia i przeczekać do poranka.

Co ze sprzętem?
Wziąłbym może bardziej szerokokątny obiektyw i nic poza tym.



A ekwipunek jaki miałem to:
- Nikon D80
- Nikkor 18-135mm DX
- Nikkor 70-300mm VR
- Filtr połówkowy z twardym przejściem 0.3 i 0.9
- Filtr połówkowy z miękkim przejściem 0.6
- Statyw Manfrotto 055

i tyle.

Wyprawy nie żałuję, i w takiej ilości i z tą ekipą wyroszę jeszcze nie raz w kolejną wyprawę.