środa, 3 grudnia 2014

Za długa przewra

Witam wszystkich po mojej długiej nieobecności.
Zamierzam to w najbliższym czasie naprawić.
Tak mniej więcej od nowego roku ruszam z trzecią edycją projektu 365.
Tym razem motywem przewodnim będzie fotografia czarno-biała. Co oznacza że wszystkie zdjęcia jakie będę starał się codziennie zamieszczać będą właśnie czarno-białe.
Kiedy dokładnie wystartuje to jeszcze nie wiem. Planowo powinno być z dniem 1 stycznia 2015.
#365

piątek, 4 lipca 2014

Tatrzańskie widoki.

Zawsze marzyłem o wyjeździe w góry letnią porą. Tak aby złapać śnieg na zboczach gór a przy okazji wędrówki mieć łatwiej z uwagi na brak śniegu na szlakach.
Wraz znajomymi z forum NEGATYWBYTOM , Michałem Świerkotem, Marcinem Radło oraz Łukaszem Faronem wystartowaliśmy z zamiarem zdobycia Kasprowego Wierchu.
Zanim wyruszyliśmy napotkałem na pierwszą przeszkodę - pakowanie plecaka. Początkowo chciałem zabrać dedykowany plecak fotograficzny. Niestety ocena jego wagi i zawartości była negatywna. Za ciężki i za mało odzieży da się do niego zmieści. Na moje szczęści posiadałem jeszcze plecak turystyczny, do którego udało mi się włożyć ubrania i sprzęt. Zresztą dobór sprzętu również nie był łatwy. Które szkło zabrać? Czy wziąć ze sobą analogową puszkę ? czy będę potrzebował filtry ?... Po dwóch godzinach udało się zakończyć ten męczący proces. Jestem spakowany. Statyw również przymocowany, możemy ruszać.
Około 13:00 wyjechaliśmy z Chorzowa. A około 17 Byliśmy w Szaflarach, gdzie zgarnęliśmy Michała. Ok załoga w komplecie, sprzęt raz jeszcze zweryfikowany, ale nastąpiła zmiana planów. Kierujemy się na Szpiglasowy Wierch zamiast na Kasprowy. Wobec tego kolejny punkt docelowy to Morskie Oko. Dojechaliśmy samochodem najbliżej jak to możliwe, czyli do parkingu tuż przy wejściu do Narodowego Parku. Dalej już tylko pieszo. tak się dziwnie złożyło że szliśmy pod prąd, turyści wracali z gór a my szliśmy w góry.



Wędrówka do Morskiego Oka trwała około 2 godzin, gdzie po drodze napotkaliśmy jelenia wypasającego się na łące. Już na tym etapie nie żałowałem że wziąłem plecak turystyczny co prawda sprzęt nie jest poukładany jak lubię, ale nie zarzynam swoich pleców.


Przy Morskim oku byliśmy około godziny 20:00, więc liczyliśmy że w stołówce będziemy mogli kupić jakieś jedzenie, niestety bufet był już zamknięty, co trochę nas poirytowało. Tym bardziej że zabraliśmy ze sobą pokaźnej ilości jedzenia. A poza tym marzyło nam się piwo.


Przy Morskim Oku spędzaliśmy z 2 godziny, po czym wyruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Szpiglasowej przełęczy. Jednak wędrówka mimo światła księżyca nie należała do łatwych. Jeśli chodzi o pogodę to trafiliśmy w dziesiątkę. Czyste niebo wiatr niemal żaden, i temperatura tak może 15 stopni. Teoretyczny czas wejścia na szczyt to około dwie i pół godziny, nam to zajęło nieco więcej. Może tylko dlatego że było kilka kryzysowych momentów. Pierwszy przy skorzystaniu skrótu, a drugi kiedy trzeba było przejść przez śniegowy jęzor który leżał na szlaku.
Ostatni kryzys pojawił się gdy dochodząc do przełęczy usłyszeliśmy schodzącą lawinę. Na nasze szczęście nie znajdowały się one na naszym szlaku. Mimo wszystko robiło to ogromne wrażenie, słychać spory huk mało co widać



Udało się!! Dotarliśmy około 1:45. Do wschodu słońca zostało jeszcze dwie i pół godziny. Niewiele, ale co w tym czasie robić. Łukasz i Marcin postanowili się przespać. Co mnie torcie przerażało. Jak można tu spać! Z lewej urwisko, z prawej uskok! Mowy nie ma to tylko dwie godziny, przeczekam. Ale z każdą chwilą czułem coraz większe zmęczenie a w dodatku nie ma z kim pogadać, postanowiłem spróbować jakoś przynajmniej się położyć. Założyłem wszystkie ubrania jakie tylko wziąłem ze sobą przytuliłem się do skały. Zanim głowę przytuliłem do poduszki ze skały to już spałem. Przespałem w ten sposób ponad godzinę, W tym czasie, swoim chrapaniem, obudziłem chyba wszystkie niedźwiedzie które chyba uciekły na stronę słowacką.







Zrobił się brzask, coraz jaśnie się robiło i coraz lepiej było widać szlak który pokonaliśmy. Gdy zrobiło się na tyle jasno że można było się swobodnie poruszać, zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca na robienie zdjęć. Mimo że samego słońca nie było jeszcze widać to góry ukazały swoje piękno, a gdy już wychyliło się zza horyzontu, zaczynała się prawdziwa magia. Nie wiedziałem w którą stronę patrzeć i gdzie robić zdjęcia, było tak dużo pięknych widoków że pobyt na szczycie szybko nam minął.





Po osiągnięciu naszego celu trzeba było zejść, można było zobaczyć przy świetle dziennym nasz szlak. To nie do końca było rozsądne, tak można krótko podsumować nasz wyczyn. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało.. prawie. Bo udało mi się lekko skręcić kostkę.





Pogoda nadal nam dopisywała Mimo że było kilka minut po godzinie szóstej, mieliśmy wrażenie ze jest już koło południa. Piękne słońce czyste niebo, komfortowa temperatura. Około godziny ósmej, byliśmy ponownie przy Morskim oku. Tym razem bufet był czynny,z czego skorzystaliśmy. Nigdy wcześniej nie jadem o tej porze bigosu popijając piwem.



Pozostały odcinek z Morskiego oka do parkingu, postanowiliśmy pokonać w nieco inny sposób - Dorożką. Zdecydowane była to bardzo słuszna decyzja ponieważ ponownie byśmy wędrowali pod prąd - my schodzimy z gór, pozostali turyści wchodzili. W drodze powrotnej spotkaliśmy ponownie tego samego jelenia co przy wejściu. Okazało się że był bardzo oswojony, dzięki czemu tym razem udało mi się uchwycić w zdecydowanie lepszej scenerii.



Muszę przyznać że była to moja wyprawa roku. Emocje były, i to różne od zachwytu po nienawiść. Ale dzięki temu mam zdjęcia które tu również prezentuję.

Co bym zrobił tym razem gdybym miał wyruszyć ponownie na tego typu wyprawę?
Na pewno wolałbym wejść na szczyt za dnia i przeczekać do poranka.

Co ze sprzętem?
Wziąłbym może bardziej szerokokątny obiektyw i nic poza tym.



A ekwipunek jaki miałem to:
- Nikon D80
- Nikkor 18-135mm DX
- Nikkor 70-300mm VR
- Filtr połówkowy z twardym przejściem 0.3 i 0.9
- Filtr połówkowy z miękkim przejściem 0.6
- Statyw Manfrotto 055

i tyle.

Wyprawy nie żałuję, i w takiej ilości i z tą ekipą wyroszę jeszcze nie raz w kolejną wyprawę.










poniedziałek, 19 maja 2014

Majówka w Rudnie

Niektórzy wyjeżdżają na weekend majowy, ja tym razem spędziłem go na zdjęciach. Miejsce chyba jedne z bardziej ulubionych przeze mnie.
Pogoda dopisała, a przynajmniej na czas zdjęć. Obawiałem się bezchmurnego nieba, ale na szczęście pojawiło się kilka chmurek.
Nawet nieco przysłoniły same słońce podczas jego wschodu.
zawsze gdy jestem w Rudnie, zapominam że jest tam wzgórze z którego są niesamowite widoki na zamek. A Wszystko przez to że za każdym razem gdy tam jestem wydaje mi się że jestem już na najwyższym punkcie widokowym.
Koniec zbędnych słów, poniżej efekt tego co udało mi się złapać w obiektywie.










niedziela, 2 lutego 2014

Noworoczny wypad zdjęciowy.

Witam po dłuższej przerwie.
Po projekcie miałem sporą przerwę w robieniu zdjęć. Czas wyruszyć w drogę, w celu poszukiwania kolejnych ujęć.
Od jakiegoś czasu miałem w planach wyjazd w zimę do Szczawnicy. Wiele elementów zaplanowanych było na początek lutego.
Niestety, trochę sytuacja się skomplikowała i musiałem skrócić czas pobytu w górach. I tak z planowanych 5 dni mogłem zaplanować dwa weekendowe. Niestety pogoda trochę nie dopisała.

Na początek ilość śniegu jaka była w górach, a właściwie jego brak. W dodatku temperatura plus 6'C. Liczyłem przynajmniej na lekki przymrozek. Niestety. Od początku wyprawa moja i moich kompanów napotykała na trudności.


Do Krościenka nad Dunajcem dotarliśmy o 5 rano. Wyruszyliśmy w kierunku Sokolicy. Wejście dla mnie było piekielnie trudne. kilka lat przebywania za biurkiem dał o sobie znać. Zdarzało się że robiłem 10 kroków i potem przerwa. Dodatkową dla mnie trudnością była ciemność.
Krocząc tak 10 kroków na minutę, dotarliśmy do szczytu. A tu kolejna niespodzianka. W górach od dwóch dni wieje halny. Tak silnego wiatru jeszcze nie doświadczyłem. Pływałem po mazurach, i czułem siłę wiatru w żaglach , ale to było zupełnie inne doświadczenie.

Na szczyt dotarliśmy około 6:30 gdzie zostaliśmy przez prawie półtorej godziny w oczekiwaniu na słońce. Te się jednak nie ukazało. Czułem niedosyt.

Zejście już było zdecydowanie łatwiejsze, mimo tego czułem spore zmęczenie w mięśniach. Przed wyprawą najbardziej się obawiałem ciężaru statywu, który musiałem nieść w dłoni, na szczęście nie było tak źle.
Kolejnym miejscem docelowym był Wąwóz Homole. Niestety tam już nie udało nam się dotrzeć. Moje auto miało awarię i zostało zlawetowane do serwisu. Sobota, późne popołudnie czyli dziś auta nie będzie ani jutro. Na załatwienie sprawy z autem poświęciłem ponad 2h.... porażka.
Humor zepsuty, w niedzielę powrót, tylko teraz czy jeszcze gdzieś iść czy po prostu wrócić do domu.
Ja postanowiłem że nie wychodzę już nigdzie w niedzielę. Raz że statyw pojechał z samochodem do serwisu, a dwa to po prostu z takim humorem żadnego udanego zdjęcia nie zrobię.
Teraz nie wiem do końca czy zły jestem że się auto zepsuło czy też ze nie udał mi się plan robienia zdjęć. Nie pozostaje mi nic innego jak zaplanowanie ponownie wyprawy w tę okolicę, za to z mniejszą ilością przeciwności losu.